sto osiemdziesiąt dwa

23 lipca 2015

Jestem mężatką. Od prawie trzech tygodni jestem mężatką. Niewiele się zmieniło oprócz nowej biżuterii na palcu i dodatkowej osoby w moim łóżku. Ach, własność łóżka też się zmieniła z „moje” na „nasze”. Acz Małż twierdzi, że łóżko jest wybitnie jego, a mój jest stolik. W razie potrzeby mogę się sobie przenieść na ów stolik z pościelą i tam sobie twierdzić, że to moje i że wygodnie.
Jestem trochę zawiedziona, że wraz z wypowiedzeniem przysięgi małżeńskiej nie spłynęła na mnie umiejętność gotowania. Przecież każda znana mi żona potrafi gotować! Lepiej lub gorzej, ale potrafi. A tu nic! Najpierw myślałam, że to może trzeba poczekać ze trzy dni, aż się część mojego mózgu odpowiedzialna za kulinaria przystosuje do aktywności małżeńskiego gotowania. Później doszłam do wniosku, że na pewno to przestawienie się zajmie urzędowe dwa tygodnie. Nie zajęło! Nawet doliczając dni wolne, pełne weekendy i święta wszelakie to nadal, jak bym nie liczyła, dwa tygodnie minęły i nic! Do przedwczoraj karmił nas każdy, kogo spotkaliśmy. Tu resztki z wesela: trzeba zeżreć w pierwszej kolejności więc gotować się nie opyla. Tam obiad u Rodzicielki: zeżreć trzeba, bo przecież się namęczyła. Babci imieniny: zeżreć! Teściówki przypadkowy obiad: zeżreć! I tak nas każdy żarciem raczył dzień w dzień, więc maleńka potrzeba przygotowania czegoś samemu zaskoczyła nas dopiero przedwczoraj. Mój nowiutki Małż nie przejął się za bardzo obowiązkiem i doszedł do wniosku, że poradzę sobie sama. Poradziłam, a jakże! Tyle tylko, że instrukcję obsługi ryżu musiałam czytać pięć razy, marchewce do miękkości zabrakło tylko odrobinkę (sukces!), a sos wyszedł zupą. Zawiedziona też jestem reakcją nowiutkiego Małża na pierwszy obiad jaki kiedykolwiek komukolwiek przygotowałam. Zamiast wybuchu radości, ekstazy wywołanej różnością smaku, pasji rozbudzonej zapachem zupy, która miała być sosem, usłyszałam, że „może być”. Może być?! Wczoraj nowiutki Małż zajął się gotowaniem obiadu. Sam to zaproponował gdy rzekomo zgubiłam woreczek z przyprawami do warzyw na patelnię… na rozgrzanej patelni. I wiecie, jak Mu wyszło? Mogło być.
…they could carve out their own small place of happiness, joy, and laughter.

Napisz odpowiedź


  • RSS