sto osiemdziesiąt osiem

5 listopada 2017

Jestem mamą!! Jedyną, prawdziwą rodzicielką. Choć podobno to nie rodzenie, a operacja na dziecko. Więc przeżyłam operację na dziecko i mamy synka! Jedynego, prawdziwego, pierworodnego.
Dni mijają nam teraz na jedzeniu, spaniu i kupie – w różnej kolejności, zależy od humoru w/w pierworodnego. Ale głównie na jedzeniu. I kupie. Porankami, dniami, wieczorami i nocami popylam z co najmniej jednym gołym cycem (a maksymalnie z dwoma) po całym mieszkaniu, śniadanie jem o 13, a obiad przy stole zdarzył mi się już chyba razy trzy. Więc sobie radzimy, trochę czasami byle jak, ale radzimy. Potomek jest wredny po tatusiu, leniwy po mamusi, kaprysi, drze się, nie chce się odkleić od źródła mleka, najada się pod korek żeby później upieprzyć mlekiem czyste ciuchy swoje i obojga rodziców, moczem atakuje znienacka, a bąki sadzi imponujące. I proszę sobie wyobrazić, że można tęsknić za kimś, kto już dwie godziny śpi w drugim pokoju i się go od tych 120 minut nie przytulało.
czy to już pieluszkowe zapalenie mózgu?

sto osiemdziesiąt siedem

13 września 2017

Tęsknię za widokiem moich stóp z pozycji stojącej i potrzebuję chwili przerwy przy nakładaniu skarpetek. Chcę, żądam i apeluję do wszystkich naukowców świata o ściśnięcie pośladów i umożliwienie Menszowi noszenie kolejnej ewentualnej ciąży.
jeszcze miesiąc

sto osiemdziesiąt sześć

8 sierpnia 2017

Od prawie miesiąca mam trzydzieści lat. W trzydzieste urodziny planowałam wypić trzydzieści butelek trzydziestoprocentowego napoju alkoholowego lub zniknąć w świecie na dni trzy tak, żeby nikt nie pamiętał. Plany się pozmieniały gwałtownie.
Ledwo prefiks na trzy się zmienił, a ja: bęben mam taki, że nie widzę stóp; co miesiąc biegam do lekarza i badam krew; zapoznałam się z kardiologiem i neurologiem; puchną mi wszystkie cztery kończyny; sapię przy dłuższym spacerze, wspinaczce po schodach na pierwsze piętro i dłuższej wypowiedzi; strzelają mi kości przy gwałtownym obrocie; żeby się podnieść z pozycji siedzącej muszę brać rozpęd i polegać na sile tego wywołanego pędu; łatwiej w nocy jest usiąść na łóżku i zmienić pozycję, niż na leżąco się przekręcić z boku na bok; gdy za długo leżę na którymś boku, to boli mięsień dupny; obcy ludzie ustępują mi miejsca i przepuszczają w kolejkach. Ale za to mam większe cycki.
Będę mamą!!
… i dupę też mam większą

sto osiemdziesiąt pięć

11 lutego 2017

Łikendowo, w żadnym razie nie dla własnej przyjemności, a ze zwyczajnej potrzeby posiadania, co jakiś czas do pracy muszę docierać i z wyćwiczonym uśmiechem sprzedawać zza lady produkty wszelakie, w tym także niewiele dietetyczne.
Że ja: Polecam dziś pączki. Próbowałam, zjadłam, pyszny.
Że klient: Nie wątpię.
I teraz, że przepraszam bardzo, w co on nie wątpi? Że pączek, że pyszny, czy że zeżarłam?!
wszystko tak właśnie miało być

sto osiemdziesiąt cztery

5 lutego 2017

Jestem smutna, zła, niekochana i wkurwiona od czterech dni bo od trzech nie palę. A żeby już się totalnie dojebać, skoro i tak życie całe straciło jakikolwiek sens, od jutra przejdę na dietę, później zacznę uprawiać crossfit, następnie będę wege, po czym naturalną sprawą jest pójście na studia prawnicze, zajdę w ciążę, urodzę dziecko i będę w każde miejsce w Internetach z opcją „upload file” wstawiać jego zdjęcia, gdzie na każdym będzie wyglądało identycznie i będę oczekiwała od wszystkich znajomych zachwytów wypowiadanych szczerze, donośnie i z wyraźnym wykrzyknieniem w pisowni. Później się zestarzeję i umrę zdrowa, bo przecież niepaląca, ale gwałtownie w kosmicznym wypadku i trafię do nieba. I się strasznie w tym niebie wkurwię, jeśli się okaże, że fajki niezdrowe wcale nie są, i że nawet tam kosztują ponad 16zł.
dla zdrowej dzidzi

sto osiemdziesiąt trzy

5 stycznia 2016

Mój nowiutki Małż stwierdził, że „w przyszłym roku w tym domu się nie pali”. Stwierdził to zaledwie kilka dni temu, co niestety okazało się być w przeszłym roku, i tak już od tego roku nie palę. Narzucono mi postanowienie noworoczne i okazuje się, że narzucone wytrzymać jest łatwiej. Tylko nie śpię po nocach, a jak już zdarzy mi się myśleć to tylko i wyłącznie o papierosach lub żarciu. Jeśli się to utrzyma do najbliższego grudnia, czyli przez rok niecały, to narzucone postanowienie przyszłoroczne będzie „w przyszłym roku w tym domu nie żre się wszystkiego co popadnie i się chudnie!”. I tak, to przyszłe będzie z wykrzyknikiem, a jak!
it’s best not to expect miracles

sto osiemdziesiąt dwa

23 lipca 2015

Jestem mężatką. Od prawie trzech tygodni jestem mężatką. Niewiele się zmieniło oprócz nowej biżuterii na palcu i dodatkowej osoby w moim łóżku. Ach, własność łóżka też się zmieniła z „moje” na „nasze”. Acz Małż twierdzi, że łóżko jest wybitnie jego, a mój jest stolik. W razie potrzeby mogę się sobie przenieść na ów stolik z pościelą i tam sobie twierdzić, że to moje i że wygodnie.
Jestem trochę zawiedziona, że wraz z wypowiedzeniem przysięgi małżeńskiej nie spłynęła na mnie umiejętność gotowania. Przecież każda znana mi żona potrafi gotować! Lepiej lub gorzej, ale potrafi. A tu nic! Najpierw myślałam, że to może trzeba poczekać ze trzy dni, aż się część mojego mózgu odpowiedzialna za kulinaria przystosuje do aktywności małżeńskiego gotowania. Później doszłam do wniosku, że na pewno to przestawienie się zajmie urzędowe dwa tygodnie. Nie zajęło! Nawet doliczając dni wolne, pełne weekendy i święta wszelakie to nadal, jak bym nie liczyła, dwa tygodnie minęły i nic! Do przedwczoraj karmił nas każdy, kogo spotkaliśmy. Tu resztki z wesela: trzeba zeżreć w pierwszej kolejności więc gotować się nie opyla. Tam obiad u Rodzicielki: zeżreć trzeba, bo przecież się namęczyła. Babci imieniny: zeżreć! Teściówki przypadkowy obiad: zeżreć! I tak nas każdy żarciem raczył dzień w dzień, więc maleńka potrzeba przygotowania czegoś samemu zaskoczyła nas dopiero przedwczoraj. Mój nowiutki Małż nie przejął się za bardzo obowiązkiem i doszedł do wniosku, że poradzę sobie sama. Poradziłam, a jakże! Tyle tylko, że instrukcję obsługi ryżu musiałam czytać pięć razy, marchewce do miękkości zabrakło tylko odrobinkę (sukces!), a sos wyszedł zupą. Zawiedziona też jestem reakcją nowiutkiego Małża na pierwszy obiad jaki kiedykolwiek komukolwiek przygotowałam. Zamiast wybuchu radości, ekstazy wywołanej różnością smaku, pasji rozbudzonej zapachem zupy, która miała być sosem, usłyszałam, że „może być”. Może być?! Wczoraj nowiutki Małż zajął się gotowaniem obiadu. Sam to zaproponował gdy rzekomo zgubiłam woreczek z przyprawami do warzyw na patelnię… na rozgrzanej patelni. I wiecie, jak Mu wyszło? Mogło być.
…they could carve out their own small place of happiness, joy, and laughter.

sto osiemdziesiąt jeden

20 lipca 2014

Moi Szanowni, zestarzałam się. Kiedy? Nie wiem. Ale chyba się to stało w momencie, w którym zamiast cukierków na urodziny po raz pierwszy dostałam wódkę. Wódka jest nieodłącznym elementem dorosłego życia.
Dostałam na wczorajsze moje urodziny wódkę. Ale też cukierki, lizaki, koronę (!), kaktusa Błażeja, książkę, srebro i rower. ROWER! Który hamuje! I ma błotniki! I światełka. Przerzutki, żelowe siodełko, koszyczek z przodu i kokardę. Jak głupia małolata jeździłam dookoła domu tym moim rowerem z bananem na pysku i błyszczącymi z zachwytu oczkami. Bo oj się zachwyciłam! Orła żem też prawie wyrżnęła, bo jak się tyle lat jeździ rowerem bez hamulców to taki z hamulcami zaskakuje. Znienacka po naciśnięciu hamulca hamuje. Bezczelny.
A za rok będę mężatką :)))
somehow or other, my luck holds out

sto osiemdziesiąt

27 czerwca 2013

Ekipa blog.pl napisała mi maila, że dawno ich nie odwiedzałam. I mieli rację. Pisanie bloga jest głupie jeśli się bierze to na serio i na serio wylewa swoje smutki i żałości. Pisanie bloga jest zabawne, gdy się robi polewę ze swoich smutków i żałości.
Na chwilę obecną wszystko mi się tak uroczo układa, tak opływa łatwością realizacji i dostępnością, że trudno uwierzyć, że to to jest to „z górki”. Zawsze było pod górkę. Pod takie małe wzniesienie, ale zasapać się można było!
Knułam plany przez rok: że skończę studia, że pojadę do Holandii, że przywiozę trochę grosza, że odwiedzę Paryż, że się wyprowadzę z tego, tu cytat: nudnego jak piz*a miasta. Proszę sobie wyobrazić, że skończyłam studia, że pojechałam do Holandii, przywiozłam trochę grosza, odwiedziłam Paryż. Za niecałe dwa tygodnie będę kombinować przeprowadzkę.
To już chyba starość, że się ma to, czego się chce. A najgorsze w tym moim słodkim i miłym życiu jest to, że po odhaczeniu ostatniego punktu nie mam pomysłu na następne. W dorosłym życiu pojawiają się na bieżąco nowe punkty czy trzeba je jakoś wymuszać? Takie hmmm, nie mam żadnych planów, nie mam do czego dążyć, zacznę zbierać na lodówkę? Lub, wersja dla samotnych, na hydro-wargo-targacz? Jednak najprzyjemniej jest gonić króliczka, bo po dogonieniu może się okazać, że króliczek to kawał starego, żylastego mięsa.
the world was just as it had always been.

sto siedemdziesiąt dziewięć

22 października 2012

Moi Drodzy, coś się blog popsuł. Cała ta strona się popsuła! Za każdym razem, gdy tu wchodzę z zamiarem napisania notki o czymś niewyobrażalnie ważnym i ekscytującym, zajmuje mi pół godziny 1. znalezienie loginu, 2. znalezienie hasła, 3. znalezienie opcji „dodaj coś niewyobrażalnie ważnego”. Po prawej stronie bloga mam tzw. Widgety. Maj Gat! Nigdy nie słyszałam takiego słowa, a oni wymagają, abym tego używała! Dzisiejszy świat jest inny niż ten sprzed chociażby pięciu lat…
Bezrabotna jestem. Od trzech tygodni! Fazy bezrobocia są następujące:
najpierw, gdy się jeszcze chodzi do pracy: szkoda, że stracę źródło dochodu
później, gdy się pracę już straciło, ale stało się raptem dziś lub wczoraj: ekstra, wyśpię się!
tydzień pierwszy bezrobocia: tu trzeba sprzątnąć, tu trzeba pojechać, tamto załatwić, nie wyrabiam tyle spraw na głowie!
tydzień drugi: już mi się nie chce sprzątać, poleżę sobie trochę, pogram w durną grę
tydzień trzeci i dalej: jestem bezużyteczna, niepotrzebna, brzydka, niekochana i świat mnie nie potrzebuje!
Potrafiłabym się teraz rozpłakać na trzy-cztery.
Wiecie, moi Szanowni, że pewna firma wymaga w ramach aplikacji na stanowisko sprzedawcy (!!) CV (to ok, rozumiem) i listu motywacyjnego (!!!!!)? Patologia! Co mam im tam napisać? Że jak byłam mała, moje koleżanki marzyły o zostaniu księżniczką w wysokim zamku mieszkającą, ewentualnie byciu fryzjerką, kosmetyczką, strażakiem, policjantem; a ja, że przez całe życie chciałam za kasą stać?! I co ja mam dodać? Że cierpliwa jestem wystarczająco, aby klientom w pysk nie dać, gdy będą bardzo wybrzydzać? I potrafię się w język ugryźć, aby z błotem nie zmieszać? Bo to chyba by wystarczało do stania na kasie? Poza tym coraz trudniej o zamki wysokie, a księżniczek i ratujących ich rycerzy na białych rumakach nie ma od… dwóch lat (bo tak!). Ale smoka to bym chętnie spotkać i poznać chciała :]
Mam doła, no. Jesienno-bezrobotnego doła.
trzy-cztery!